Czytam wywiad z Mirą Marcinów
i wszystko wskazuje, że to książka dla mnie. O żałobie po mamie.
Czy ja już swoją „przerobiłam”? Czy faktycznie mam ją za
sobą? Czasem wspominam mamę z bólem, z blokadą, z płaczem, a czasem z
lubością i satysfakcją. Na pewno mam jak autorka te momenty, kiedy
czuję dumę i dzikość, kiedy odezwę się do kogoś jakimś
anachronicznym powiedzeniem rodem "z mamy", kiedy przypomni mi się anegdota, która
kiedyś budziła odrazę, a dzisiaj jest dowodem na drugie życie
mojej mamy we mnie. „Oho, budzi się matka, matka się odzywa”,
jakby pewnie podobnie powiedziała Mira Marcinów. Decyzja, czy
przeczytam jej książkę, zapadnie pewnie po dłuższym procesie.
Wiem jedno, że zaraz po urodzeniu Hani miałam kilka momentów, w
trakcie których byłam bardzo blisko mamy. W których miasto-mama
przytulało mnie jak nigdy. Wypełniało każdy por mojego
przepełnionego wodą ciała nieskończoną miłością. Wtedy muzyka
fortepianowa, wiatr, upalna cisza, kołysało do snu i wyciskało z
oczu łzy wzruszenia. Ach, hormony?
Za oknem wichura, słońce przeplatane
ze śniegiem na tle budzącej się wiosny i zieloności. Wielki
spokój, wielka cisza i bezruch. Krowodrza ma w sobie senność
właściwą małym, powolnym miasteczkom. Czuję wielki spokój,
kiedy nie czytam newsów jak szalona.