środa, 15 kwietnia 2020


Czytam wywiad z Mirą Marcinów  i wszystko wskazuje, że to książka dla mnie. O żałobie po mamie. Czy ja już swoją „przerobiłam”? Czy faktycznie mam ją za sobą? Czasem wspominam mamę z bólem, z blokadą, z płaczem, a czasem z lubością i satysfakcją. Na pewno mam jak autorka te momenty, kiedy czuję dumę i dzikość, kiedy odezwę się do kogoś jakimś anachronicznym powiedzeniem rodem "z mamy", kiedy przypomni mi się anegdota, która kiedyś budziła odrazę, a dzisiaj jest dowodem na drugie życie mojej mamy we mnie. „Oho, budzi się matka, matka się odzywa”, jakby pewnie podobnie powiedziała Mira Marcinów. Decyzja, czy przeczytam jej książkę, zapadnie pewnie po dłuższym procesie. Wiem jedno, że zaraz po urodzeniu Hani miałam kilka momentów, w trakcie których byłam bardzo blisko mamy. W których miasto-mama przytulało mnie jak nigdy. Wypełniało każdy por mojego przepełnionego wodą ciała nieskończoną miłością. Wtedy muzyka fortepianowa, wiatr, upalna cisza, kołysało do snu i wyciskało z oczu łzy wzruszenia. Ach, hormony?

Za oknem wichura, słońce przeplatane ze śniegiem na tle budzącej się wiosny i zieloności. Wielki spokój, wielka cisza i bezruch. Krowodrza ma w sobie senność właściwą małym, powolnym miasteczkom. Czuję wielki spokój, kiedy nie czytam newsów jak szalona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytam wywiad z Mirą Marcinów  i wszystko wskazuje, że to książka dla mnie. O żałobie po mamie. Czy ja już swoją „przerobiłam”? Czy fakty...