poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Raport z miasta na K, jak kwarantanna


Kiedyś, może już jutro osiągnę ten swój cel – zamek, czyli Rynek Główny. Nie jest na wzgórzu, ale majaczy w oddali, bliski jak zawsze, a jednocześnie obwarowany czerwonymi taśmami. Dzisiaj zatrzymał mnie strach, zobaczyłam straż miejską legitymującą jakiegoś starszego człowieka, który siedział na ławce na plantach. Zatem zawróciłam na bezpieczną Łobzowską. Władza, autorytet – z tym wszystkim muszę walczyć, żeby przejść się po jego wielkiej, pustej płycie, którą obiecują wszystkie medialne obrazki. Ponoć jest cicho i słychać tylko trzepot skrzydeł gołębi... i hejnał? Nie wiem, muszę sprawdzić.
Przyznam, że po prostu chciałam dzisiaj tam pójść, bo mi tęskno, bo tam się czuję bezpiecznie. Bo jak jadę gdzieś za miasto, to zamiast nasiąkać spokojem, skacze mi poziom kortyzolu. I wracam do domu w jeszcze gorszym nastroju. Dzisiaj premier powiedział, że to potrwa do maja, czerwca, czyli końca nie widać. A we mnie narasta bunt, mimo że grzecznie wypełniam zalecenia kwarantanny. Wierzę w nią, jestem przekonana, że tak trzeba, jestem świadoma i dojrzała. Wierzę, że teraz jest dobry moment, żeby tam pójść, bo na ulicach jest pusto i cicho. Po ulicach przemykają tylko śmieciarki i patrole policji. A ja na wszelki wypadek mam przygotowaną formułkę: panie władzo, ja tutaj za rogiem mam zaparkowany samochód, wyszłam tylko na chwilę, dziecka nawet z nosidła do spacerówki nie przełożyłam. Już wracam, spokojnie, proszę się odsunąć na 2 metry przynajmniej, bo się boję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytam wywiad z Mirą Marcinów  i wszystko wskazuje, że to książka dla mnie. O żałobie po mamie. Czy ja już swoją „przerobiłam”? Czy fakty...