Kiedyś, może już jutro osiągnę ten
swój cel – zamek, czyli Rynek Główny. Nie jest na wzgórzu, ale
majaczy w oddali, bliski jak zawsze, a jednocześnie obwarowany
czerwonymi taśmami. Dzisiaj zatrzymał mnie strach, zobaczyłam
straż miejską legitymującą jakiegoś starszego człowieka, który
siedział na ławce na plantach. Zatem zawróciłam na bezpieczną
Łobzowską. Władza, autorytet – z tym wszystkim muszę walczyć,
żeby przejść się po jego wielkiej, pustej płycie, którą
obiecują wszystkie medialne obrazki. Ponoć jest cicho i słychać
tylko trzepot skrzydeł gołębi... i hejnał? Nie wiem, muszę
sprawdzić.
Przyznam, że po prostu chciałam
dzisiaj tam pójść, bo mi tęskno, bo tam się czuję bezpiecznie.
Bo jak jadę gdzieś za miasto, to zamiast nasiąkać spokojem,
skacze mi poziom kortyzolu. I wracam do domu w jeszcze gorszym
nastroju. Dzisiaj premier powiedział, że to potrwa do maja,
czerwca, czyli końca nie widać. A we mnie narasta bunt, mimo że
grzecznie wypełniam zalecenia kwarantanny. Wierzę w nią, jestem
przekonana, że tak trzeba, jestem świadoma i dojrzała. Wierzę, że
teraz jest dobry moment, żeby tam pójść, bo na ulicach jest
pusto i cicho. Po ulicach przemykają tylko śmieciarki i patrole
policji. A ja na wszelki wypadek mam przygotowaną formułkę: panie
władzo, ja tutaj za rogiem mam zaparkowany samochód, wyszłam tylko
na chwilę, dziecka nawet z nosidła do spacerówki nie przełożyłam.
Już wracam, spokojnie, proszę się odsunąć na 2 metry
przynajmniej, bo się boję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz